Rozdział Drugi.
~*~
Maj
2016 r.
Kraków. Polska
Maria z lekkim uśmiechem na twarzy
obserwowała biegające po boisku podopieczne swojego partnera. Była pod wielkim
wrażeniem ich determinacji, zapału i zaangażowania. Mogłaby nawet zaryzykować
stwierdzenie, że na boisku piłkarskim zostawiając całe swoje serce.
Zaśmiała się cicho,
przypominając sobie swoje nastoletnie lata. Przyjaźń z braćmi Błaszczykowskimi
sprawiła, że zapisała się do lokalnej drużyny piłkarskiej, w której po kilku
miesiącach awansowała na kapitankę i stała się niewątpliwym objawieniem.
Niestety, zerwanie więzadeł krzyżowych w kolanie sprawiło, że swoją przygodę z
piłką nożną skończyła zanim ta zaczęła się na dobre. W takich momentach jak te,
czuła gdzieś w sobie ukłucie zazdrości.
Jej wzrok po chwili zatrzymał
się na dłużej na Dawidzie, żywiołowo gestykulującym przy linii bocznej boiska.
W klubowym dresie, gustownym zaroście wydawał się jej jeszcze bardziej
przystojny i pociągający niż zawsze. Była z niego dumna, zwłaszcza mając na
względzie jego zawiłe dzieciństwo. Dumna była również z Kuby, który przez wiele
lat był jej oparciem, ostoją i przyjacielem, na którego mogła liczyć w każdej
chwili. Byli jej małą rodziną, dla której zrobiłaby bardzo wiele.
-Jeeeeest!!!!
Dawid podskoczył do góry a
szeroki uśmiech lśnił na jego twarzy, zupełnie tak jak u zawodniczek jego
Wisły.
Piękna, wręcz widowiskowa bramka
sprawiła, że rzuciły się sobie w ramiona a krakowskie trybuny wręcz oszalały.
Sędzina meczu uśmiechnęła się jedynie pod nosem, ruchem ręki wskazała na środek
boiska i truchtem skierowała się w tamto miejsce.
-Są świetne. – powiedziała dość cicho
Marysia, stając tuż obok Błaszczykowskiego. Dawid zmarszczył brwi przenosząc na
nią dość niepewnie swój wzrok. -Mogą dojść daleko. – dodała, tym razem
zwracając się do szatyna. Dawid uśmiechnął się lekko, obejmując blondynkę
ramieniem. Cmoknął ją w czoło w momencie, w którym kapitanka jego drużyny
przebiegała obok nich.
-Ta bramka to prezent dla najlepszej pary
roku! – krzyknęła, wywołując uśmiech na twarzy swojej boiskowej rywalki. Dawid
zaśmiał się, a Marysia oblała się rumieńcem. Cóż, jej związek z Błaszczykowskim
nie był zbyt znany w przestrzeni publicznej i trudno jej było nieco inaczej
zareagować na taką uwagę zawodniczki.
-Skup się na grze! – rzucił Dawid
rozbawionym głosem, na co niska szatynka zaśmiała się cicho kiwając mu
potwierdzająco głową. -Biegać dziewczyny! – krzyknął, patrząc wymownie w
kierunku zawodniczek, które uważnie ich obserwowały.
Gwizdek Zofii Meyer wywołał ogromną radość na
trybunach krakowskiego stadionu. Blondynka uśmiechnęła się lekko przejeżdżając
spojrzeniem po kibicach, którzy z uśmiechami na twarzach zaczynali podnosić się
ze swoich siedzeń i kierowali się ku bramom wyjściowym. Sędziowanie sprawiało
jej wiele radości, jednak nie wywoływało takich dreszczy jak zdobycie pięknej
bramki, czy zaliczenie spektakularnej asysty, jednak z takim scenariuszem
napisanym przez życie, już zdążyła się pogodzić.
-Jesteś naszą szczęśliwą sędziną. – stwierdziła
Natalia Krawczyk pojawiając się obok Zofii Meyer schodzącej w kierunku szatni.
Blondynka zaśmiała się z komentarza bramkarki mocującej się z jaskrawymi
rękawicami.
-Miło to słyszeć.
-A nie tęsknisz trochę za grą? – spytała Roma
Florek, która chwilę wcześniej wymieniła się koszulką z zawodniczką drużyny
przeciwnej. Meyer westchnęła cicho patrząc niepewnie w kierunku rudowłosej, z
którą zna się od wielu lat.
-Każdego dnia, ale czasu już nie cofnę. –
odpowiedziała, wzruszając ramionami.
Pożegnała się z piłkarkami lekkim
uśmiechem i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do szatni sędzin zawodów.
-Myślisz, że wróciłaby do gry, tylko się boi? –
zapytała Natalia odprowadzając blondynkę wzrokiem. Kapitanka zespołu z Krakowa
jedynie westchnęła mrużąc powieki. Dobrze wiedziała, że przez lata największy
wpływ na Meyer miała tylko jedna osoba, z którą kontakt zerwała zaraz po
kontuzji. Florek była zdeterminowana, żeby jej koleżanka, a kiedyś najlepsza
przyjaciółka wróciła na pozycję, która sprawiała jej najwięcej radości.
-Względem piłki zawsze tchórzyła. – rzuciła cicho,
bardziej do siebie niżeli do Krawczyk. -Zrobię wszystko, żeby choć na chwilę
wróciła jako najlepsza snajperka polskiej ligi. – dodała głosem przesiąkniętym
determinacją.
***
-Wszystko w porządku? – spytała nagle Maria,
dostrzegając zamyśloną minę swojego partnera siedzącego na miejscu pasażera.
Rzuciła mu krótkie, pytające spojrzenie, po czym wróciła do śledzenia drogi
ekspresowej prowadzącej w kierunku Częstochowy.
Błaszczykowski westchnął,
odrywając wzrok od przedniej szyby auta swojej partnerki. Zmarszczył brwi
wbijając spojrzenie w blondynkę.
-Myślisz, że jestem beznadziejnym trenerem? –
zapytał nagle. Swoim pytaniem w dużym stopniu zaskoczył kobietę, co można było
dostrzec po wyrazie jej twarzy.
Spojrzała w tylne lusterko,
wrzuciła kierunkowskaz, rozpoczęła hamowanie i po krótkiej chwili zatrzymała
się w zatoczce autobusowej włączając światła awaryjne.
-Co ty mówisz? Ty, beznadziejnym trenerem? –
spytała, zaśmiewając się cicho. Była zupełnie innego zdania niż on. Wszyscy byli
innego zdania niż on. -Jesteś świetnym
trenerem, twoje zawodniczki Cię uwielbiają i macie szanse na Mistrzostwo
Polski, ty się powinieneś cieszyć. – stwierdziła, rzucając mu pełne politowania
spojrzenie. Dawid westchnął jedynie głośno, uśmiechając się dość niemrawo.
-Myślisz?
Blondynka wywróciła oczami,
kręcąc ze zrezygnowaniem głową. Chwyciła dłoń szatyna i uśmiechnęła się do
niego lekko, ale uroczo.
-Jestem tego pewna. – puściła mu oczko, po
czym cmoknęła go w policzek. -A teraz jedziemy dalej, bo Twoja babcia nas udusi
jak spóźnimy się na kolacje. – dodała, oddzielając każde słowo krótką spacją.
Wywołała tym samym szeroki uśmiech na twarzy Błaszczykowskiego. Gawron wiedziała
jak sprawić, żeby choć przez chwilę zapomniał o własnych myślach, których w
jego głowie ostatnio kłębiło się coraz więcej a on sam nie potrafił nad nimi
zapanować.
***
Sopot. Polska.
-Jest mi głupio, że znowu proszę Cię o pomoc…
Łucja zaśmiała się cicho, wyciągając
z szarego wózka dwuletniego chłopca. Cmoknęła bruneta w czoło i przysiadła na
niewielkiej sofie w małym, ale przestronnym salonie mieszkania swojej najlepszej
przyjaciółki. Zaraz po telefonie Wiktorii, wsiadła w pociąg i zjawiła się w
Sopocie. Tak już u nich było, zawsze sobie pomagały bez względu na wszystko i
wszystkich.
-Jako
matka chrzestna małego Kacpra jestem zobowiązana się nim opiekować. –
stwierdziła sięgając po pluszowego misia leżącego na niskim, szklanym stoliku nieopodal
sofy.
Morawska w salonie pojawiła się
po krótkiej chwili, ubrana w zwiewne spodnie i jasną bluzkę na ramiączka, w biegu
wiążąca długie, kasztanowe włosy w kok na czubku głowy. Łucja uśmiechnęła się
jedynie kręcąc głową.
Podziwiała swoją przyjaciółkę,
która od ponad dwóch lat dzielnie stawia czoła przeciwnościom losu. Samotnie wychowuje
synka, spełnia się zawodowo i nigdy nie odmawia pomocy innym. Dla niej była
cichą bohaterką dnia codziennego, którą szczęście jak na razie omijało zbyt
szerokim łukiem. Zupełnie tak jak ją, ale to może na ich własne życzenie?
-Przestań, wiem, że byłaś umówiona z
Igorem. – rzuciła, wchodząc do niewielkiej łazienki. Brzozowska westchnęła
cicho, jednak nie umknęło to uwadze Morawskiej. Szatynka stanęła w progu salonu
po chwili a jej uważne spojrzenie spoczęło na blondynce. Łucja wiedziała, że
nie ukryje nic przed Wiktorią. -Pokłóciliście się? – zapytała, kładąc dłonie na
biodrach.
Łucja dość niepewnie pokiwała
jej głową, uśmiechając się lekko w kierunku małego Kacpra.
-Nie widzisz, co on z Tobą robi?
Ton głosu Wiktorii po raz
kolejny zrobił na Łucji wrażenie. Brzozowska dobrze wiedziała, że Morawska chce
dla niej jak najlepiej, jednak to ona musiała znaleźć w sobie tyle odwagi aby
zmienić coś w swoim dość skomplikowanym życiu.
-To nie jest takie proste. – westchnęła,
odpowiadając na pytanie przyjaciółki.
-Jest, tylko musisz w to sama uwierzyć! –
odpowiedziała pewnym głosem Morawska.
Chciała aby Łucja zdała sobie sprawę, że związek
z Nowakiem to pomyłka, która może ją wiele kosztować. Błąd, który może sprawić,
że ominie ją prawdziwa miłość, która może pojawić się bardzo nieoczekiwanie.
-Spieszyło Ci się. – stwierdziła, ruchem
głowy wskazując na zegarek wiszący na błękitnej ścianie. Morawska sięgnęła po
skórzaną torbę leżącą na wysokiej, drewnianej komodzie. Przerzuciła jej pasek
przez ramię, szeroko uśmiechnęła się do swojego synka cmokając go w czoło.
-Bądź grzeczny. – poprosiła, mierzwiąc jego
włosy. -A ty się zastanów. – cmoknęła Łucję w policzek, patrząc na nią dość
wymownym wzrokiem.
Wierzyła, że Brzozowska w końcu
przejrzy na oczy i zamknie pewien rozdział w swoim życiu, otwierając tym samym szeroko
drzwi do tego pustego, zupełnie niezapisanego.
-Wrócę po 19! – krzyknęła zanim zamknęła za
sobą drewniane drzwi swojego mieszkania w kamienicy własności jej rodziców.
-No i zostaliśmy sami, królewiczu. –
stwierdziła, drapiąc się po brodzie. -Poczytamy? – spytała, wbijając w niego
wyczekujące spojrzenie. Mały Kacper uśmiechnął się do niej szeroko, obejmując
ją dość niezdarnie.
Łucja zaśmiała się cicho,
całując chłopca w czubek głowy. Opieka nad Kacprem sprawiała jej wiele radości
i pozwalała jej choć na chwilę zapomnieć o problemach w życiu uczuciowym, które
z dnia na dzień kruszyło się coraz bardziej. Miała jednak nadzieję, że z czasem
wszystko w jakiś sposób się ułoży i będzie tak jak dawniej.
Wiktoria wbiegła do kliniki niczym sprinter w swojej mistrzowskiej
formie. Przy kontuarze recepcjonistki stanęła łapiąc nerwowo tlen, którego do
prawidłowego funkcjonowania potrzebowały komórki jej ciała. Młoda dziewczyna, w
zielonym uniformie uśmiechnęła się lekko sięgając po pęk kluczy z nazwiskiem
fizjoterapeutki.
-Moja propozycja joggingu nadal jest
aktualna. – rzuciła, wyciągając z szuflady teczkę należącą do Morawskiej.
Wyrównując oddech, przeniosła wzrok na brunetkę, opierającą się o drewniany
blat.
-W mojej obecnej sytuacji niestety to nie
wchodzi w grę. – uśmiechnęła się lekko w kierunku brunetki, która kiwnęła jej
głową.
-Pierwszy pacjent będzie za kwadrans. –
oznajmiła. Wiktoria kiwnęła jej głową, uśmiechając się lekko. Zgarnęła z
drewnianego blatu klucze wraz z opasłą teczką i skierowała się długim, wąskim
korytarzem do gabinetu opatrzonego tabliczką z jej imieniem i nazwiskiem.
Rzuciła torbę na leżankę stojącą
tuż przy kremowej ścianie. Z niewielkiej, wąskiej szafy wyciągnęła swój biały
kitel, który zarzuciła na ramiona, poprawiając przy tym plakietkę ze swoim
imieniem.
Uwielbiała swoją pracę. Medycyną
interesowała się od zawsze i od początku liceum wiedziała, że będzie
fizjoterapeutką. Z wysoko podniesioną głową, nieco wyboistą drogą kierowała się
do swojego celu. Osiągnęła go z czego była niezmiernie dumna. Mimo życiowych
perturbacji była w miejscu, w którym zawsze chciała się znaleźć.
Zamyśliła się, przysiadając na
blacie dużego, ciemnego biurka a na samo wspomnienie jej dwuletniego synka, jej
twarz ozdabiał lekki uśmiech. Kacper, choć nie planowany był jej największym
szczęściem i skarbem, którego nie oddałaby za żadne pieniądze tego świata.
Ciche pukanie do drzwi wyrwało
ją z podróży po czeluściach podświadomości. Spojrzała w ich kierunku,
poprawiając materiał białego kitla.
-Proszę. – powiedziała dość głośno. Mosiężna
klamka drgnęła, drzwi charakterystycznie skrzypnęły a szatynka zmarszczyła
brwi, nieco zdziwiona dostrzegając w progu jej gabinetu Jacka Jaroszewskiego.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej
lekko, zamykając za sobą drzwi jej gabinetu.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? –
uśmiechnął się w jej kierunku lekko. Morawska pokiwała mu przecząco głową,
odpowiadając dość niepewnie na jego przyjazny uśmiech. -Jak Ci się pracuje? –
zapytał, wyciągając w jej kierunku swoją dłoń. Uścisnęła ją niepewnie,
wskazując mu na jedno z gustownych krzeseł stojących tuż przy blacie dużego
biurka. Jaroszewski zajął wskazane przez nią miejsce i uważnie obserwował
szatynkę kierującą się ku dużemu, skórzanemu krzesłu stojącemu tuż przed dużym
oknem zasłoniętym jasnymi żaluzjami.
-Dobrze, dziękuję, że Pan pyta. – zaśmiała się
cicho, odgarniając na bok karty swoich pacjentów. Lekarz zmarszczył brwi
sięgając do swojej aktówki, którą chwilę wcześniej położył na swoich kolanach.
W sopockiej klinice swojego dobrego znajomego nie pojawił się przypadkiem,
również przypadkiem nie pojawił się w gabinecie Wiktorii Morawskiej. -Co Pana
do mnie sprowadza? – zapytała, opierając się wygodnie w skórzanym fotelu.
Jacek Jaroszewski sięgnął do swojej
torby, z której wyciągnął jasną teczkę z logiem Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Szatynka nie kryła zdziwienia, gdy podsunął ją pod jej nos, wraz z eleganckim
długopisem.
-Co to? – zapytała, marszcząc brwi.
-Otwórz. – poprosił, kierując wzrok na
przedmiot leżący na jej biurku. Nie kryła swojego zdziwienia, jednakże zrobiła
to, o co mężczyzna ją poprosił. Dość niepewnie wyciągnęła z teczki kartki
spięte z sobą przy pomocy srebrnych zszywek w rogu papieru. Zlustrowała czarną
czcionkę pisma wzrokiem, który po chwili wylądował na mężczyźnie.
-Ale, co to ma znaczyć? – spytała dość niepewnie,
zaskoczona treścią dokumentu, który właśnie trzymała w dłoni.
-Mój fizjoterapeuta z reprezentacji
zrezygnował z pracy, a ja nie ukrywam, że byłaś moją najlepszą stażystką. – odpowiedział,
uśmiechając się do niej lekko.
-Ja mam syna, nie mogę Kacpra zostawić na
tak długo. – oznajmiła, odkładając dokumenty na blat biurka. Jacek uśmiechnął
się jedynie lekko. Bardzo dobrze znał jej historię i dobrze wiedział, że trudno
jej będzie podjąć satysfakcjonując go decyzję.
-Rozmawiałem z Twoją mamą i wszystko
załatwiłem. Zajmie się Kacprem na czas zgrupowania i Euro. – odpowiedział
pewnym swego głosem.
Morawska nie kryła swojego
zdziwienia słowami, które opuściły krtań Jaroszewskiego. Znała jednak mężczyznę
i wiedziała, że nie odpuści dopóki nie usłyszy pozytywnej odpowiedzi.
-Nie przyjmie Pan odmowy? – zapytała,
unosząc brew ku górze. Jaroszewski uśmiechnął się lekko, kiwając jej przecząco
głową.
Wiktoria westchnęła, kręcąc
zabawnie głową. Chwyciła długopis i w wyznaczonym miejscu złożyła swój
wyćwiczony podpis. Nie była pewna czy podejmuje dobrą decyzję, zwłaszcza z
uwagi na Kacpra, który jest dla niej całym światem.
-Wiedziałem, że się dogadamy. – rzucił,
puszczając jej oczko. -Do zobaczenia w Juracie, Wiki. – dodał, za nim zamknął
za sobą drzwi jej gabinetu w sopockiej klinice.
Odetchnęła głęboko, opierając
głowę o oparcie fotela. Nie była pewna czy dobrze zrobiła, podpisując podsunięte
przez niego dokumenty, choć z drugiej strony jej syn był już dość spory a jej rodzice
idealnie poradzą sobie z opieką nad nim.
# # #

Pojawiam się z dwójką i czekam na Wasze opinie. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
Za wszelkie błędy przepraszam.
Widzimy się w następnym rozdziale.
Pozdrawiam gorąco. :)
Wsparcie Marii podczas meczu na pewno było miłe i pomocne dla Dawida i jego drużyny. Zawsze miło mieć poczucie, że bezwzględu na to, co się stanie obok jest ktoś na kogo mm można zawsze liczyć.
OdpowiedzUsuńPoza tym Dawid powinien uwierzyć w końcu w swoje umiejętności. Skoro inni potrafią go docenić, to czas aby on sam także to zrobił.
Jestem ciekawa, jak Roma zamierza przekonać Zosię do powrotu do gry. Widać, że dziewczyna za tym tęskni, ale czy odważy się jeszcze raz zaryzykować?
Wiktorii nadarzyła się świetna okazja, której po prostu nie mogła nie wykorzystać. Jestem pewna, że świetnie spisze się w roli fizjoterapeutki narodowej drużyny.
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział.
Dziękuję za komentarz kochana. Cieszę się, że rozdział się spodobał i kto wie, może uda mi się kolejny opublikować jeszcze w tym tygodniu. :)
Usuń